Bzowa Babuleńka, czyli baśń o tym, że szczęście zawsze znajdzie drogę do domu.

Są takie historie, które czyta się będąc dzieckiem, a rozumie dopiero po wielu latach. W dzieciństwie zachwyca nas ich magia. W dorosłości odkrywamy, że magia była jedynie językiem, którym autor próbował opowiedzieć o sprawach najważniejszych.

Taką opowieścią jest „Bzowa babuleńka” Hansa Christiana Andersena. Jeśli jej nie znacie, z przyjemnością odkryjemy przed Wami krzynkę tej magii.

Baśń rozpoczyna się niezwykle zwyczajnie. Pewien chłopiec wraca do domu okropnie przeziębiony. Zaniepokojona mama – jak to mama - kładzie go do łóżka i przygotowuje napar z kwiatów czarnego bzu. Znała ten prosty domowy sposób od swojej matki, a tamta od swojej i tak od wielu pokoleń wstecz. W tym właśnie dniu, w odwiedziny do nich przychodzi starszy sąsiad, który z niezwykłą łatwością snuł historie. Na prośbę matki, która chciała rozweselić i zająć czymś chorego synka, staruszek zaczyna opowiadać. Spogląda na imbryk z gorącym naparem z bzu i mówi, że właśnie tam siedzi jego bajka.

I rzeczywiście… Z parującego imbryka wyrasta krzew czarnego bzu, a pośród jego kwiatów pojawia się tajemnicza Bzowa Babuleńka – opiekunka pamięci, natury i ludzkich wspomnień. Nie opowiada jednak historii o rycerzach, smokach ani zaczarowanych królestwach. Opowiada o dwojgu zwyczajnych ludziach - o chłopcu i dziewczynce.

Opowieść jest piękna w swej prostocie. Mężczyzna kreśli przed chłopcem obrazki z codziennego życia, kiedy to bohaterowie tej historii bawią się razem pod krzewem bzu, sadzą go własnymi rękami, dorastają, rozstają się, a gdy chłopak wyrusza w świat, jako marynarz, tęsknią za sobą, piszą listy i czekają, by znowu się spotkać. Potem zakładają rodzinę, wychowują dzieci, doczekują wnuków i pewnego dnia, siedząc obok tego samego krzewu, świętują złote wesele. Świat wokół nich zmienia się nieustannie, lecz bez kwitnie każdego roku tak samo.

Andersen nie uczynił bohaterem swojej baśni ani wielkiego zdobywcę, ani księżniczkę, lecz dwoje ludzi, których życie wygląda dokładnie tak, jak życie milionów innych. Chciał przez to powiedzieć, że prawdziwe cuda wydarzyły się w codzienności.

Bo czym właściwie jest szczęście? Czy jest wielką przygodą? Daleką podróżą? Spełnieniem wszystkich marzeń?

Andersen zdaje się odpowiadać inaczej. Szczęście to ktoś, kto po latach wraca do domu. To list, na który czekało się z bijącym sercem. To wspólna kolacja. Śmiech wnuków. Krzew posadzony w dzieciństwie, który nadal kwitnie za oknem. To życie, które z pozoru wydaje się zwyczajne, a dopiero z perspektywy czasu okazuje się najpiękniejszą opowieścią.

Na końcu baśni Babka Bezowa zabiera chorego chłopca w podróż przez wszystkie pory roku. Kiedy wraca, jest już zdrowy. Nie dlatego, że wydarzył się cud. Być może dlatego, że przypomniał sobie coś, o czym dorośli bardzo często zapominają – że człowiek potrzebuje nie tylko lekarstw, ale także historii. Potrzebuje zachwytu, wyobraźni i poczucia, że świat jest większy, niż widać zza okna.

Może właśnie dlatego od wieków parzymy napary z kwiatów czarnego bzu. Nie tylko dla ich delikatnego aromatu czy właściwości, które cenili nasi przodkowie. Robimy to również dlatego, że każdy zapach potrafi przechowywać wspomnienia. Jedna filiżanka wystarczy, aby przypomnieć sobie lato sprzed wielu lat, ogród dziadków, ciepły wiatr i czas, kiedy wszystko wydawało się prostsze.

Być może właśnie w tym tkwi sekret Babki Bezowej. Nie mieszka ona w krzewie ani w starej baśni Andersena. Mieszka w każdej chwili, którą naprawdę przeżyliśmy. Wspomnienia, podobnie jak kwiaty czarnego bzu, wracają co roku. Trzeba tylko znaleźć czas, by usiąść z filiżanką ciepłego naparu i pozwolić im ponownie zakwitnąć.